Zapraszamy:

pn-pt - 9.00-18.00
sobota - 8.00-14.00

bpmonki@wp.pl

85 716 27 43

Wspomnienia Jana Skutnika

RODZINNE WSPOMNIENIA Jana Skutnika

Kalinówka Królewska, 12 sierpień 2006r.

Moja wieś

Wieś Kropielnica rozciąga się z południowego wschodu na północny zachód wzdłuż drogi Knyszyn - Kalinówka Kościelna – Szpakowo – Goniądz. W przeszłości by to bardzo ważny traktat pod względem strategii wojskowej. Charakterystyczną cechą tej miejscowości jest prosta ulica i domy usytuowane w odpowiedniej odległości od osi jezdni, w przeciwieństwie do sąsiednich wsi takich jak: Sikory, Dudki i Waśki, gdzie ulice są kręte. Z tego względu starzy mieszkańcy wsi podtrzymywali legendę, że wieś była zakładana przez osadników przebywających z terenów o wyższej kulturze osadniczej. Przypuszcza się, że osadnicy przybyli z ziemi mazowieckiej oraz z Mazur, czyli z ziem położonych na północ od doliny Biebrzy. Dotychczas brak historycznie udokumentowanego potwierdzenia tego przypuszczenia. Jednakże pewne zestawienie faktów może częściowo potwierdzać założoną tezę.

Według miejscowej legendy nazwa wsi jest związana z zajęciami osadników, którzy po przebyciu na tereny zajmowali się uprawą roli, której było niewystarczająca ilość, gdyż krańce Puszczy Knyszyńskiej sięgały przez Kalinówkę Królewską i Kościelną aż pod Kropiewnicę. Ludzie, żyjący w okresie międzywojennym twierdzili, że z lasu modrzewiowego, rosnącego między Kalinówkę Królewską i Kościelną aż pod Kropiwnicą został zbudowany, stojący do dziś drewniany kościół parafialny w Kalinówce Kościelnej. Pamiętam, kiedy chodziłem do Szkoły Podstawowej w Kalinówce Kościelnej po prawej stronie drogi roso kilka świerków, jako szczątkowa część wytrzebionej puszczy.

Po osiedleniu się napływowa ludność szukała nowych źródeł utrzymania. Po utworzeniu parafii rzymsko- katolickiej w Kalinówce Kościelnej w 1511 roku (wcześniej wierni zamieszkujący te tereny należeli do parafii w Trzciannem, odległej około 25 km) wzrosło zapotrzebowanie na przedmioty związane z kultem religijnym. Zaradni osadnicy mając w pobliżu las, zdecydowali się na wykonywanie kropideł. Naturalnie nie była to produkcja masowa, lecz kilka rodzin wykorzystało zaistniałą sytuację. Kropidło było niezbędne w każdym katolickim domu. Służyło ono do poświęcenia budynków i inwentarza w pierwszy dzień Wielkanocy, do święcenia zebranych z pola i składowanych w stodołach zbóż (pierwszy snop zboża przewieziony do stodoły należało poświęcić, aby ustrzec zbiory od zepsucia i pożaru). Wodą święconą byli pokrapiani narzeczeni, którzy udawali się do kościoła w celu zawarcia związku małżeńskiego, święcono również nowonarodzone dziecko.

           

Biorąc pod uwagę te i inne okoliczności, w których używano wody święconej posiadanie kropidła przez każdą katolicką rodzinę było konieczne. Stąd wytwórczość rękodzielnicza kropideł była potrzebna i opłacalna. Według ludowej legendy przekazywanej ustnie z pokolenie na pokolenie wyrób kropideł w tej miejscowości dał podstawę do takiej nazwy wsi.

 

Moi przodkowie

 

Urodziłem się 01. Kwietnia 1922 roku (mama mówiła, że faktycznie urodziłem się w święto Zwiastowania, tylko w koście przy zapisie popełniono błąd), jako piąte dziecko Andrzeja i Marianny Skutników. Moja mama pochodziła z Guzów i miała panieńskie nazwisko Roszko. Nie pamiętam dziadków ani estrony mamy ani ze strony taty, bo umarli przed moim narodzeniem. Nasza rodzina była i jest części składową rodzin o tym samym nazwisku.

W okresie międzywojennym na ogólną liczbę 43 rodzin zamieszkałych w Kropiewnicy 14, czyli około 30% nosiło nazwisko Skutnik. Ta ilość rodzin o tym samym nazwisku nasuwa przepuszczenie, że praprzodek Skutników mógł być współzałożycielem tej miejscowości. Nazwisko Skutnik jest kojarzone z nazwą rzemiosła, którego pracownicy, którego pracownicy budowali łodzie – szkutnik. Od nazwy rzemieślników budujących łodzie prawdopodobnie wywodzi się nazwisko naszych przodków i nasze (szkutnik – Skutnik).

Tereny leżące na północ od rzeki Biebrzy były rejonem, gdzie wykonywano łodzie, będące podstawowym środkiem lokomocji na rzekach i jeziorach. A rzeki i jeziora w minionych wiekach stanowiły bardzo ważny magazyn żywnościowy. Łowienie ryb, obok zbioru runa leśnego dawało zabezpieczenie żywieniowe dla rodziny.

O moich dziadkach wiem tylko z przekazu ustnego moich rodziców i najstarszych mieszkańców wsi. Nie zachowały się żadne zapiski historyczne czy rodzinne, które by potwierdziły przekaz ustny. Według tego przekazu mój dziadek ze strony ojca miał na imię Józef. Pochodził z wieloletniej rodziny chłopskiej i nie był pierworodnym synem jego rodziców. Urodził się żył w XIX wieku (brak szczegółowych danych). W tym czasie wschodnia część Polski pozostawała pod zaborem rosyjskim. Nasze tereny podlegały rosyjskim prawom administracyjnym i politycznym. Prawo rosyjskiego zaborcy stanowiło, że każdy zdrowy i niebędący jedynym żywicielem rodziny podlega obowiązkowi służby wojskowej w armii carskiej. Zgodnie z tym rozporządzeniem dziadek Józef, który miał starszego brata został siłą wcielony do armii rosyjskiej.

Pobór odbywali w strasznej scenerii. Do wsi przyjeżdżali żandarmi rosyjscy i zbierali poborowych w jednym miejscu. Jeżeli poborowy był jeden lub było ich dwóch, to sadowili ich na wóz między żandarmami, lecz jeśli poborowych było więcej, skuwano im ręce łańcuchami i prowadzono pieszo do najbliższej stacji kolejowej. Stamtąd pociągiem wywożono w głąb Rosji, by uniemożliwić ucieczkę. Cała wieś, a szczególnie rodzice i rodzina z wielkim żalem żegnali poborowego.

Dziadek w armii rosyjskiej służył 20 lat, czyli po ukończeniu służby wojskowej miał około 40 lat. Po powrocie do rodziny, tracił prawo do gospodarstwa rodziców na korzyść starszego brata. W tej sytuacji miał dwa wyjścia: w starokawalerstwie dożyć resztę życia lub założyć rodzinę. Władze carskie zdemobilizowanemu żołnierzowi zapewniały dożywotnią emeryturę wypłacaną w rublach, dawały około 1 ha dobrej ziemi (tzw. „sołdacki ogród”) i pomagały w budowie domu. Mój dziadek zdecydować się założyć rodzinę. Wziął żonę z Sikor – Anielę Grzegorczyk i rozpoczął prace przy budowie domu. Dziadkowie mieli troje dzieci: dwie córki i syna. Najmłodsza córka – Marianna wyszła za mąż do Przytulanki, najstarsza Franciszka poświeciła się stanowi duchownemu (III zakon św. Franciszka) i pomagała bratowej w wychowaniu dzieci i pracach gospodarskich. Syn Andrzej, czyli mój ojciec ożenił się i założył rodzinę. Moi dziadkowie, jak i rodzice byli bardzo pracowici i oszczędni. Z otrzymywanej emerytury potrafili pobudować dom i budynki gospodarcze oraz dokupić ziemi.

Moi rodzice i rodzeństwo

 

Mój ojciec Andrzej w wieku 7 lat zachorował na szkarlatynę. Źle leczona choroba pozostawiła uraz narządu słuchu. Babcia Aniela, wierząc w cudowną pomoc Matki Boskiej Częstochowskiej postanowiła wraz z synem odbyć pieszą pielgrzymkę do Częstochowy (ok. 500 km). Cud się nie zdarzył i ojciec z tą częściową niepełnosprawnością żył do śmierci. Rozmawiał normalnie, czytał tekst drukowany, nawet śpiewał. W 1909 roku ojciec ożenił się z Marianną Roszko z Guzów i zajął się prowadzeniem gospodarstwa. Dodatkowo zatrudniał się do tarcia drewna z całych dłużyc na deski lub dyle. Była to praca bardzo ciężka, ale popłatna. Teraz wykonują ją tartaki. Ojciec odznaczał się dużą siłą, siła była potrzebna do wkładania drewnianych bali na stołki o wysokości 2m. Bloczków wtedy nie było, lecz prymitywne urządzenie zwane „trepem”, do którego potrzebny był spryt i zwykła ludzka siła. Po włożeniu drewna na stołki jeden pracownik – „tracz” wchodził do góry na drewno, drugi stał pod drewnem na dole i przeciągając piłę z góry do dołu odrzynali deski lub dyle. Dzięki pracowitości i oszczędności moi rodzice przed I wojną światową potrafili zaoszczędzić znaczną sumę pieniędzy zgromadzonych w banku oraz przetrzymywanych w domu. Kiedy podrosłem, mama pokazywała książeczkę bankową i spory zapas gotówki w banknotach, które już po I wojnie światowej strąciły wartość.

Przed I wojną światową rubel miał bardzo dużą wartość. Za 30 rubli można było kupić dobrą krowę a 100 rubli to był duży „posąg” darowany przez rodziców córce, która wychodziła z mąż.Z tego, co zapamiętałem, a co pokazywała mi mama, rodzice mieli zaoszczędzonych około tysiąca rubli. Posiadana gotówka oraz oszczędności w banku stanowiły wartość średniego gospodarstwa. Moi rodzice mając przed I wojną dwóch synów planowali jednemu z nich kupić gospodarstwa. Niestety. Zgromadzona w banknotach gotówka z chwilą wkroczenia armii niemieckiej strąciła wartość. Przed wybuchem I wojny światowej po wsiach krążyli agenci i wymieniali ruble w złocie na ruble w banknotach. Za jednego rubla w złocie płacili 1 rubel i 20 kopiejek w banknotach. Wielu rolników skorzystało z tych propozycji zyskując ilościowo, a tracąć wartościowo. Wchwili wybuchu I wojny światowej (1914r.) rodzice mieli troje dzieci w wieku od 4 do 1 roku – córkę Annę i synów Józefa oraz Antoniego.

W czasie wojny moi rodzice, jak również inni mieszkańcy Kropiwnicy przeżyli straszny szok. Dowódca frontu rosyjskiego zarządził ewakuację („bieżeństwo”) wszystkich mieszkańców wsi przed cofającą się armią rosyjską. Została zastosowana taktyka wojenna z okresu wojny napoleońskiej z 1812 roku. Zgodnie z zarządzeniem każda rodzina miała zabrać pojazd konny, krowę, zapas żywności i jechać przed frontem na wschód. Za niewykonanie rozkazu groziła śmierć i spalenie wsi. Pod taką groźbą cala wieś i moi rodzice zabrawszy co można ze środków żywnościowych i troje małych dzieci, ruszyli na przyszłą tułaczkę. Zbiórka miała odbyć za wsią od strony Kalinówki Kościelnej, gdzie stał na wzgórzu krzyż. Zebrani, przyszli tułacze, pod czujnym okiem strażników rosyjskich uklękli pod krzyżem, aby się pomodlić i prosić Boga o szczęśliwy powrót do rodzinnej wsi po zakończeniu wojny. Modlitwa zmobilizowała ludzi i złagodziła strach przed śmiercią oraz dodala odwagi do sprzeciwienia się zarządzeniu. Zebrani twardo powiedzieli :”Nigdzie dalej nie jedziemy”.

           

Rosyjscy konwojenci byli w szoku. Nie mogli zrozumieć, że zwykli wieśniacy mogą przeciwstawiać się rozkazowi dowódcy frontu, podczas gdy w okresie wojennym za niewykonanie rozkazu przez żołnierza, groziła pewna śmierć. W tym duchu zaczęli przekonywać zebranych, by podporządkowali się rozkazowi, gdyż w przeciwnym razie spalą wieś. Jednakże zdesperowana ludność nie dała się zastraszyć, zawrócili konie i wrócili do swoich gospodarstw. Przez kilka dni mieszkańcy Kropiwnicy czekali na najgorsze, ale skończyło się tylko strachu. Wieś nie została spalona i jej mieszkańcy szczęśliwie doczekali wolnej Polski. W czasie wojny w 1915 roku urodziła się moja druga starsza siostra Józefa. Po zakończeniu I wojny światowej rodzice zajmowali się gospodarstwem i wychowaniem dzieci. Ojciec dodatkowo świadczył usługi okolicznym rolnikom jak tracz, gdyż zaczęto intensywniej budować nowe domy i budynki gospodarcze.

Mój ojciec był bardzo pracowity i uczciwy, co potwierdza ocena obcego człowieka. Kropiwnicy Ne było sklepu spożywczego, więc mieszkańcy naszej wsi zaopatrywali się w artykuły żywnościowe i napoje w Kalinówce Kościelnej, gdzie mieściły się dwa sklepy. W 1929 roku Kutyta sprzedał sklep Antoniemu Laskowskiemu. Odchodzący sklepiasz, żegnając się dal taką radę swojemu następcy: „Na kredyt możesz dać tylko Andrzejowi Skutnik i Józefowi Gryszko z Kropiewnicy bez obawy, że nie zwrócą długu, gdyż są to ludzie uczciwi”. Te słowa usłyszałem osobiście od Antoniego Laskowskiego po wielu latach, kiedy razem pracowaliśmy społecznie w radzie gminy w Kalinówce Kościelnej. Moje starsze rodzeństwo, czyli dwie siostry (Anna i Józefa) oraz dwaj braci (Józef i Antoni) nie mogli w wieku szkolnym się kształcić. Wprawdzie we wsi po zakończeniu wojny u Albina Zabielskiego była szkoła z klasami I – IV, ale dalej nie było możliwości się uczyć. Pomimo tego moi bracia pragnęli dostępu do wiedzy i kultury. Nie było biblioteki w Kalinówce Kościelnej, więc odwiedzali domy ziemiańskie w Starowoli i Chrobotkach, gdzie wypożyczali literaturę klasyczną. Były to utwory H. Sienkiewicza, M. Dąbrowskiej, A. Mickiewicza, J. Słowackiego i innych. Najstarszy brat Józef pod wpływem tej literatury próbował nawet pisać własne wiersze, które były dość udane. Niestety, nie zachowały się do dnia dzisiejszego. Najłatwiejszy dostęp do zbiorów literackich Meli bracia u państwa Bilminów, w Starowoli, gdyż Wiktoria Bilmin była społeczną opiekunką Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Kalinówce Kościelnej. Z młodzież należącą do te organizacji przygotowała przedstawienia zwane „komedyjkami”, w których moi bracia brali aktywny udział jako aktorzy.

To samokształcenie braci za pośrednictwem literatury dało pozytywne rezultaty. Do starszego brata przechodzili sąsiedzi i dalsi mieszkańcy z prośbą o napisanie podania do urzędu lub wyjaśnieniu treści otrzymanego pisma urzędowego. Brat pomagał ludziom społecznie. Można bez przesady i zarzutu o subiektywność stwierdzić, że moi starsi bracia przewyższali intelektualnie swoich rówieśników i miejscową społeczność, co jednak nie dawało im podstaw do wywyższania się i pogardy dla innych. W naszej rodzinie dominującą rolę pełniła mama. Ona prowadziła domowy budżet, a tato prowadził gospodarstwo i dorywczo dorabiał do rodzinnego budżetu. Gdy dorósł brat Józef, razem z mamą kierowali rodziną i gospodarstwem.

W 1932 roku Józef został powołany do służby wojskowej. Służył w 42 pułku piechoty w Białymstoku. Z tego okresu pamiętam, jaką mieliśmy radość (my, młodsze rodzeństwo), gdy brat jadąc na urlop przywoził wojskowe suchary. W następnym roku miał być powołany do służby wojskowej brat Antoni. Gdyby się tak stało, na gospodarstwie zostałby stary ojciec i ja – 10 letni chłopak. Brat nie chcąc dopuścić do takiej sytuacji starał się przez częściową głodówkę i palenie papierosów osłabić organizm do tego stopnia, by uzyskać roczne odroczenie poboru do wojska.  Było nam bardzo przykro, gdy my zasiadaliśmy do kolacji, a Antonii szedł daleko od domu na łąkę zwaną „gródź” i tam papieros zastępował mu kolację. W wyniku tego odchudzania mocno strącił na wadze i komisja poborowa odroczyła mu służbę wojskową na jeden rok. Po upływie tego roku Józef wrócił do cywila, a Antoni został powalony do służby wojskowej. Służył 2 lata w 14 DAK-u w Białymstoku. Pamiętam jak podczas urlopu pożyczył od sąsiadów siodło, wsiadł na naszego konia, kilka razy wykonał „nożyce: i chociaż koń się denerwował i chciał go zrzucić na ziemię, ściągną lejce i w żołnierskim mundurze pojechał do Kalinówki Królewskiej do znajomej dziewczyny – Jadwigi Makarego.

W tej sytuacji w społeczności wiejskiej obowiązywał zwyczaj, że najstarszy syn założyć rodzinę i przejąć gospodarstwo rodziców. Młodsi synowie mogli pójść w „prymy”, czyli na gospodarstwo żony, przygotować się do wykonywania rzemiosła (kowal, szewc, krawiec) lub pozostać w starokawalerstwie i pomagać bratu w prowadzeniu gospodarstwa. Najczęściej wybierano to ostatnie rozwiązanie, gdyż we wsi nie mogło być zbyt dużo rzemieślników z braku usługobiorców. Józef jako najstarszy syn miał zwyczajowe prawo do objęcia gospodarstwa rodziców, jednak zdecydował się zdobyć zawód murarza. Zgodził się na pomocnika do starego murarza, który w naszej wsi budował z cegły dom u Józefa Niemoto. Pracował ciężko i uczciwie, pilnie obserwując zasady pracy murarskiej. Po wybudowaniu tego domu sięgnął do podręczników zawodowych, by wiedzę praktyczną uzupełnić teorią. Szczególnie interesował się czytaniem i realizacją planów budowlanych oraz kosztorysów. Oprócz tego szukał w poradnikach budowlanych nowych metod ocieplania budynków mieszkalnych. Z takim przygotowaniem w okresie międzywojennym i po II wojnie światowej budował domy z materiałów ogniotrwałych. 

           

W okresie między wojennym gruntu rolne wsi Kropiwnica, jak i innych wsi powiatu białostockiego były w szachownicy, to znaczy, że każdy rolnik miał kilka lub kilkanaście działek o szerokości od 5 do 20 m, a długości nawet do 2 km. Taka struktura gruntów była bardzo uciążliwa w uprawie i dojazdach. Władze powiatowe postanowiły zmienić tę strukturę i zarządziły komasację gruntów. W jej wyniku każdy rolnik miał otrzymać całość należnej ziemi w jednej lub dwóch działkach (nie zawsze obok ziemi uprawnej było pastwisko lub łąka). Komasacja, czyli scalanie gruntów rozpoczęło się w 1936 roku a zakończyło się w 1938. Całość gruntów podzielono na 3 strefy: pierwsza – najbliżej wsi i tu ziemia była wyceniona najwyżej, druga – za pierwszą i w znacznym oddaleniu od wsi, wyceniona taniej, trzecia – wzdłuż granic gruntów danej wsi, wyceniona najtaniej. Ziemię w trzeciej strefie przeważnie brali rolnicy, którzy mieli zamiar przebudować dom i budynki gospodarcze na przydzielonej kolonii. Takie przesiedlenie się dawało korzyść, bo rolnik mieszkał w obrębie swego gospodarstwa rolnego, lecz wymagało dużo pracy i funduszy na przewiezienie domu i budynków gospodarczych ze wsi na kolonię lub budowę nowych. W okresie międzywojennym na wsi przeważały budynki drewniane, kryte słoma, więc rozbiórka ich nie była taka trudna. We wsi były tylko 3 domy murowane z cegły, ale ich właściciele nie przenosili się na kolonie. Moi rodzice za podpowiedzią brata Józefa postanowili wziąć kolonię w III strefie i przenieść się z budynkami na dalszą odległość od wsi (około 3 km.) bezpośrednio na przydzielone grunty. Ta decyzja miała swoje uzasadnienie w tym, że nasz dom drewniany był już stary, a mieliśmy cegłę na nowy, który lepiej było wybudować na nowym miejscu, uzyskując przy tym większy obszar ziemi będącej podstawowym źródłem utrzymania dość licznej rodziny.  Otrzymaliśmy kolonię położoną na północ od wsi u styku gruntów Kalinówki Królewskiej i Bagna o obszarze około 10 ha. Po II wojnie światowej dokupiliśmy 5 ha, czyli razem mieliśmy 15 ha ziemi i 1,1 ha łąki nad Biebrzą. 

           

Po wyznaczeniu kolonii szybko przystąpiliśmy do rekultywacji gruntów. Trzeba było z miedz oddzielających w szachownicy działki zebrać i wywieść kamienie, wyorać miedze i wyrównać teren. Na wiosnę 1937 roku po zasianiu pól przystąpiliśmy do rozbiórki i przewozu budynków. Najpierw pobudowaliśmy prowizoryczne mieszkanie, które miało nam służyć do czasu wybudowania nowego ceglanego domu. Mieliśmy we wsi zmagazynowanych 20 tys. sztuk cegły ceramicznej, co miało wystarczyć na dość duży dom o wymiarach 14m x 8m, czyli o powierzchni około 110 m2. Cegłę przewieźliśmy bardzo szybko, ponieważ mieliśmy parę koni, dwa żelazne wozy (innych wtedy wozów nie było ) i uprząż. Na jeden konny wóz można było załadować około 300 cegieł, co stanowiło obciążenie około 1200 kg. Dziennie przewoziliśmy 2500 cegieł. Pierwszego roku przesiedlania się zbudowaliśmy nową stodołę, budynki gospodarcze i tymczasowe mieszkanie. Pod koniec 1937 roku przenieśliśmy się na nowe miejsce pracy i życia. Trochę smutno było opuszczać wieś, gdzie się wychowaliśmy, lecz i z tym trzeba było się pogodzić. Na kolonii obok nas były zabudowane i zamieszkane kolonie innych gospodarzy, więc szybko zaprzyjaźniliśmy się i pomagaliśmy wzajemnie w szczęściu i nieszęściu. W następnym roku, czyli 1938 budowaliśmy nowe mieszkanie, a moja starsza siostra Józefa wyszła za mąż za swego narzeczonego Stanisława Niemoto. Jego rodzina też przejechała na kolonię w tym samym rejonie, gdzie i my mieszkaliśmy. Jego starszy brat był już żonaty i miał własną rodzinę. Ojciec szwagra otrzymał dość duży obszar ziemi (około 20 ha), który podzielił między dwóch synów i powiedział do męża mojej siostry: „Daję tobie ziemię, krowę, konia i starą stodołę, a mieszkanie musisz zapewnić sobie i swojej żonie”. Z tą biedą przyszedł szwagier z żoną do nas. Były to czasy kiedy, kiedy pannę wydawano za mąż z posagiem. Rodzice i brat zrozumieli o co chodzi. Brat Józef pojechał do wsi  leżących w otulinie Puszczy Knyszyńskiej, ażeby kupić mieszkanie. Znalazł w Olejkowie dom do sprzedaży. Był on drogi, ale w dość dobrym stanie. Dom kupiliśmy, przewieźliśmy i do zimy pobudowaliśmy. Za mało było czasu, żeby zbudować w nim piece, gdy wiosną 1939roku postawiliśmy piece.

           

Wiosną 1939 roku rozpoczęliśmy budowę budynku gospodarczego (obora, stajnia i garaż). Za pomocą wypożyczonej maszyny narobiliśmy betonowych pustaków, zrobiliśmy fundament i rozpoczęliśmy budowę ścian. Budynek miał długość 22m , a szerokość 7m. Zrobiliśmy przerwę w budowie ze względu na zbior plonów, które były bardzo dobre Dobrze uprawiona i odpowiednio zasilona obornikiem ziemia dala obfite plony. Po zbiorach przystąpiliśmy do dalszej budowy, lecz zle wieści z areny politycznej mącily radość z szybko postępującej budowy i zebranych plonów. Dnia 26. sierpnia 1939 roku rano na koniu przyjechal soltys wsi Kropiwnica i przywiózł karty mobilizacyjne dla moich starszych braci Józefa i Antoniego oraz dla szwagra. Starszy brat zszedl z rusztowania, poszliśmy do domu, bracia się ubrali i odwiozłem furmanką ich oraz szwagra na stację kolejową w Mońkach, skąd udali się pociągiem do swoich jednostek.

           

1. września 1939 roku Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się II wojna światowa. Bracia walczyli w obronie Ojczyzny, a ja w wieku 17 lat zostałem na gospodarstwie z rodzicami (ojciec miał 75 lat), starą ciocią Franciszką, najstarszą siostrą Anną, młodsza siostrą Marysią lat 15 i najmłodszym bratem Wiktorem 11. Była bardzo trudna sytuacja – nie dokończona budowa budynku gospodarczego, nowe mieszkanie w stanie surowym i pobyt, nie wiadomo na jak długo, w mieszkaniu ciasnym, zimnym i tymczasowym. W tej sytuacji cały ciężar utrzymania rodziny spadł na mnie i starszą siostrę. Na skutek miażdżącej przewagi militarnej armii niemieckiej wojsko polskie poniosło klęskę i poszło w rozsypkę. Nie pomogła waleczna postawa i przelana krew naszych żołnierzy. 17. września sojusznik Niemiec – Armia Czerwona wkroczyła na nasze wschodnie tereny realizując tajny układ z 23. sierpnia 1939 Riebentrop – Mołotow.  Wojsko Polskie otrzymało nowy cios w plecy i nie mogło pokonać dwóch agresorów. W tej sytuacji rozproszeni polscy żołnierze nocami (w obawie przed okupantami) wracali do swoich rodzin.
            Pod koniec września wrócił z wojny mój szwagier. O moim bracie Antonim dowiedzieliśmy się, że walczył w Czerwonym Borze i zginął. Tę wiadomość przekazał nam okrężną drogą jego kolega – Joka z Dolistowa, który razem walczył w tej bitwie. O bracie Józefie nie mieliśmy żadnej wiadomości. Dopiero w 1940 roku otrzymaliśmy pocztówkę z Niemiec, w której informował nas, że dostał się do niewoli i jest w obozie dla jeńców wojennych Boleśnie przeżywaliśmy wiadomość o śmierci brata Antoniego, lecz musieliśmy się z tym pogodzić, gdyż takie są prawa wojny. Późną jesienią 1939 roku wyszedłem z domu i zobaczyłem, że przez podwórko Stanisława Poźniaka od strony Kalinówki Kościelnej idzie ktoś w naszą stronę.  Gdy bliżej podszedł chwiejącym się krokiem zauważyłem, że jest wojskowym w płaszczu. Pobiegłem w stronę idącego, lecz nie myślałem, że to może być mój brat. Gdy się zbliżyłem, poznałem brata Antoniego. Był w strasznym stanie – wychudzony, zarośnięty, chwiejący się na nogach. Pomogłem mu przyjść do domu i dopiero teraz zobaczyliśmy, że był ciężko ranny. Po posiłku i odpoczynku opowiedział nam przebieg bitwy, w której został ranny i przez kolegów uznany za zabitego. Podczas bitwy z wojskiem niemieckim, jadąc na koniu otrzymał strzał w ładownicę naboi przy pasie. Naboje eksplodowały i w wyniku tej eksplozji brat doznał złamania prawego przedramienia, wyszarpnięcia mięśnia w tej ręce i mocnego skaleczenia dłoni. Oprócz tego wybuch wyrwał z prawej strony mięsień brzuszny, została tylko przepona. Na skutek tego brat spadła z konia i był uważany za zabitego. Dopiero miejscowa ludność Piekut, gdy przyszła grzebać zabitych zauważyła, że brat żyje i potrzebuje pomocy. Dobrzy ludzie zabrali go do domu i udzielili pierwszej pomocy. Opiekowali się nim do późnej jesieni, czekając aż będzie mógł o własnych silach, różnymi środkami lokomocji wrócić do rodziny. Z braku natychmiastowej fachowej pomocy bratu krzywo zrosło się przedramię prawej ręki, dwa palce prawej dłoni pozostały niesprawne i cala prawa ręka była mniej sprawna. Po kilku dniach odpoczynku. Po kilku dniach odpoczynku w domu brat pojechał do znanego chirurga do Białegostoku (dra Hamerla) i tam leczył się, korzystając z konsultacji, a nie leczenia szpitalnego. Leczenie trwało około roku, ale nie przyniosło spodziewanych efektów.  Rany się zagoiły, lecz brat pozostał inwalidą wojennym. Po agresji Związku Radzieckiego na Polskę rozpoczęła się okupacja rosyjska. Wprowadzono nowe prawa, zmieniono administrację, wprowadzono o urzędów język białorusko – rosyjski, rusyfikowano szkoły i rozpoczęła się „czystka” inteligencji i Kulaków (Kulak – zamożniejszy rolnik) oraz obszarników – dawnych ziemian. W naszej okolicy było gospodarstwo Bilminów, którzy posiadali w Starowali około 200 ha ziemi. Ta rodzina, przewidując swój los, musiała chronić się ucieczką. Mając pełne zaufanie do naszej rodziny, nocą przewieźli do nas wartościowsze ubrania i okrycia (futra) oraz część zapasów miodu. Po wkroczeniu na nasze tereny wojsk niemieckich, tzn. po 22 czerwca 191 roku Bilmin zabrali od nas przechowywane rzeczy, serdecznie dziękując z naszą przysługę. Zmianę okupanta ludność przyjmowała z ulgą sądząc, że okupacja niemiecka nie będzie tak okrutna, jak sowiecka. Sowieci jeszcze przed dn. 20 czerwca 1941 roku z naszych terenów, szczególnie z Goniądza wywieźli dużą grupę osób i przed frontem zdążyli przewieść w głąb Azji. Nikt nie był pewny, czy w następnych dniach nie zostanie wywieziony na tułaczkę. Po pewnym czasie okazało się, że okupacja niemiecka jest gorsza od radzieckiej. Nastąpiły „polowania” i mordy ludności żydowskiej, a każde sprzeciwienie się władzy niemieckiej było karane śmiercią. Większą część produkcji rolnej pobierały władze niemieckie i kierowały na potrzeby frontu. Były ustalony obowiązkowe dostawy mleka, masła, jaj oraz wełny. Za niewywiązanie się z tych obowiązków groziły surowe kary.

           

Nasza rodzina przeżyła szczególny szok. W Jasionówce urzędował amstkomisarz z pochodzenia Niemiec, który miał nieograniczoną władze, a nasza wieś administracyjnie jemu podlegała. W 1943 roku postanowił on wybudować w Jasionówce budynek mieszkalno- biurowy. Na naszym terenie nie było cegielni, więc zarządził rozbiórkę nie użytkowanych budynków z cegły i dowóz tej cegły na plac budowy. Mieszkaliśmy w tymczasowym zastępczym pomieszczeniu, a nowy nie był zasiedlony (brakowało pieców, sufitów, i podłóg). W tej sytuacji nasz dom spełniał wymogi zarządzania i w każdej chwili mógł być rozebrany, a cegła przewieziona na plac budowy w Jasionówce. Przystąpiliśmy, więc do szybkiego wykończenia i zasiedlania domu.Po wielkim wysiłku jesienią 1943 roku zamieszkaliśmy w nowym mieszkaniu. Z braku środków finansowych wszystkie prace wykończeniowe wykonałem sam z braćmi. Najtrudniej było przy budowie pieców, miałem jednak trochę praktycznych wiadomości, gdyż z bratem Józefem wiosną 1939 roku budowaliśmy piece w domu naszej siostry Józefy. W drugiej fazie wojny niemiecko- rosyjskiej nasza rodzina, parafia a nawet ludność sąsiednich parafii przeżyła straszne wydarzenie. Niepowodzenia armii niemieckiej na froncie wschodnim powodowały pobór młodzieży niemieckiej i starszych mężczyzn na front. W przemyśle i w rolnictwie brakowało rąk do pracy. W celu uzupełnienia niedoboru robotników Niemcy organizowali łapanki. Zatrzymani mężczyźni i kobiety byli przymusowo wywożeni na roboty do Rzeszy. Ludność miejska była przeważnie kierowana do pracy w przemyśle, a wiejska do pracy na roli. Każdego roku podczas święta Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki) w naszej parafii miało miejsce czterdziestogodzinne nabożeństwo, czyli adoracja Najświętszego Sakramentu. Tę uroczystość nazywano odpustem. Najważniejszy był drugi dzień – poniedziałek świąteczny. W tym dniu były odprawiane dwie msze święte – o godzinie 9 dla młodzieży szkolnej i o godzinie 12 suma dla dorosłych. W 1943 roku na ten odpust do Kalinówki Kościelnej Przybylo bardzo dużo wiernych z naszej oraz sąsiednich parafii. Pogoda była piękna. Wierni zapełnili kościół, bardzo dużo ludzi zgromadziło się na placu przykościelnym, który jest otoczony murem kamiennym o wysokości 2 metrów z trzema przejściami o szerokości 1 metra. Gdy kończyła się msza święta, żandarmeria niemiecka otoczyła kościół i żołnierze stanęli w bramkach wejściowych. Ludność znalazła się w kotle, z którego Niemcy wybierali odpowiednie osoby do pracy na gospodarstwach niemieckich. Z naszej rodziny w kościele było nas pięcioro – mama, dwie siostry, brat Antoni i ja. Gdy posłyszeliśmy strzały, zrozumieliśmy, że odbywa się łapanka. Antoni Sak z Guzów, ojciec czworga małych dzieci podczas ucieczki przez mur został zastrzelony, a Józef Skutnik z Kropiwnicy postrzelony w nogę (do śmierci utykał). Po tych wypadkach nikt nie próbował ucieczki przez mur przykościelny. W tej sytuacji mój brat Antoni wpadł na inny pomysł. Znalazł mnie w kościele, zaprowadził do zakrystii, polecił włożyć komżę i uklękną przed ołtarzem, gdzie zwyczajowo adorowało się świętą hostię. Razem ze mną klęczała moja siostra Marysia. Niemcy uszanowali naszą pozycję i nas nie zabrali. Aby ratować siebie, brat Antoni użył innego fortelu. Włożył komżę, wziął jakieś naczynie liturgiczne i spokojnym krokiem wyszedł z kościoła kierując się stronę plebanii. Niemiec stojący na przejściu zatrzymał go, lecz brat na migi poinformował, że zaniesie ten przedmiot i zaraz wróci. Żandarm przepuści go. Brat zaszedł na plebanię, zdjął komżę i oknem wyskoczył w olszyny, które rosły w pobliżu. Siostrze Annie mama, która już była na zewnątrz otoczenie, podała wypożyczone od znajomych małe dziecko. Z tym dzieckiem siostra wyszła z okrążenia unikając wywózki na przymusowe roboty do Niemiec. Ja z siostrą Marysią po odejściu Niemców wyszliśmy wolni z kościoła. Siostrze Marysi dowieziono małe dziecko siostry Józi, ażeby w razie zatrzymania można było uniknąć wywózki.

          

W tym dniu zatrzymano bardzo dużo młodych i w średnim wieku kobiet i mężczyzn. Pod eskortą poprowadzono ich pieszo do Supraśla, a stamtąd przewieziono na Prusy Wschodnie do pracy w gospodarstwach rolnych. Nasza rodzina po dużym przeżyciu wróciła w całości do domu. Latem 1944 roku działania frontu wschodniego coraz bardziej zbliżały się do naszej okolicy, a tym samym rosła nienawiść Niemców do ludności polskiej. Gdy działania frontowe utknęły na linii rzeki Brzozówka (początek sierpnia), byliśmy w strefie przyfrontowej. W tej sytuacji Niemcy grabili wszystko, co tylko można było zabrać. Zabierano krowy, konie, świnie  oraz wartościowsze dzieła kultury. Naszej rodzinie zabrano konie i krowę. Gospodarstwo zostało bez siły pociągowej. Zrabowany inwentarz, a szczególnie konie były przetrzymywane w Goniądzu. Rabunkiem zajmowały się przeważnie jednostki ukraińskie współpracując z Niemcami i z armią niemiecką wycofującą się na zachód. Chcąc odzyskać zabrane konie lub kupić inne, brat Antoni poszedł do Goniądza (20 km). Swoich koni nie znalazł, lecz kupił za marki niemieckie rannego konia, którego wyleczyliśmy i mieliśmy własną siłę pociągową. Dnia 14. sierpnia1944 roku na nasze tereny wkroczyło wojsko sowieckie. Chociaż były wielkie obiecanki o korzyściach z wyzwolenia, ludność nie wierzyła tym obiecankom i „wyzwolicielom”. Front ustabilizował się na linii Biebrzy i nie było widoków na jego przesunięcie w kierunku zachodnim. Przełamanie tego frontu nastąpiło dopiero 17. stycznia 1945 roku. Z tą datą, a raczej o dzień wcześniejszą wiąże się mój los. 16. stycznia umierał nasz ojciec. Cala rodzina klęczała przy jego łożu. W tym czasie weszło do naszego domu trzech żołnierzy radzieckich, którzy, jak się później dowiedziałem, werbowali przymusem młodych Polaków do Wojska Polskiego. Byłem w odpowiednim wieku i mogłem być zabrany do wojska i na wojnę. Żołnierze radzieccy byli na tyle szlachetni, że nie wykonali rozkazu, widząc rodzinę zgromadzoną wokół umierającego ojca. Dzięki temu nie zostałem wcielony do armii. Czasie działań wojennych nasze budynki nie ucierpiały. Natomiast udało nam się razem z braćmi wykończyć budynek inwentarski, zaczęty budować w 1939 roku, który stoi do dnia dzisiejszego. Mój brat Antoni jeszcze w czasie okupacji niemieckiej został zwerbowany do Armii Krajowej. Chociaż miał ograniczoną sprawność fizyczną, chciał walczyć o wolną Ojczyznę. Ja o tym wiedziałem, lecz brat doradzał, a wręcz rozkazał, bym nie wstępował do organizacji wyzwoleńczej, gdyż w razie jego „wpadki” będę musiał zapewnić utrzymanie  starym rodzicom i rodzeństwu. Chociaż nie byłem zorganizowany, często przewoziłem meldunki i znalem punkty kontaktowe i hasła. Gdy władza ludowa rozbiła ugrupowanie „Dzięcioła” i niektórzy aresztowani członkowie zaczęli zdradzać pod wpływem tortur tajemnice konspiracyjne, rozpoczęły się masowe aresztowania. W tym celu wieczorem przyszli do naszego domu żołnierze Urzędu Bezpieczeństwa poszukujący działaczy AK. Poszukiwali mojego brata Antoniego, który razem ze mną był innym miejscu i dlatego uniknął aresztowania. Więcej już go nie poszukiwali, gdyż brat się ujawnił korzystając z amnestii. W grudniu 1945 roku wrócił z nie woli do domu brat Józef. Nie mógł wrócić wcześniej, gdyż pracując jako niewolnik w lasach Norwegii, którzy trzy razy próbował ucieczki, zachorował na iskasz i po wyzwoleniu był leczony przez duński Czerwony Krzyż. W Danii miał propozycję pozostania na pobyt stały, lecz nie skorzystał z niej, gdyż chciał dotrzymać słowa danego narzeczonej. W marcu 1946 roku pojechał na ziemie odzyskane w okolice Wydmin, znalazł opuszczone gospodarstwo, załatwił formalności i stal się nowym osadnikiem. Po powrocie do domu przygotował najpotrzebniejsze rzeczy i furmanką pojechał do swojego nowego domu w Szczybałach. Brat Józef sugerowal, bym też Bral opuszczone gospodarstwo w tej wsi i zająl się uprawą roli. Miałem jednak inne plany.

Po zakończeniu wojny w Polsce szkolnictwo było bezpłatne. Wiedziałem, że w moim wieku (miałem 25lat) nie mogę uczyć w gimnazjum dla młodzieży. W tej sytuacji poszukiwałem innych rozwiązań. Z prasy dowiedziałem się, że w Poznaniu jest Korespondencyjne Liceum Ogólnokształcące. Skorzystałem z możliwości, gdyż to była jedna możliwość ukończenia szkoly średniej. Zapisałem się do tego liceum. Początkowo miałem dużo trudności, gdyż sporo czasu upłynęło od ukończeniu szkoly podstawowej do podjęcia nauki w szkole średniej. Poza tym łatwiej jest opanowywać wiedzę korzystając z bezpośredniego kontaktu z nauczycielami. Pomimo tych trudności klasę pierwszą ukończyłem z wynikiem pomyślnym. Równocześnie z nauką w liceum uczestniczyłem w Rocznym Kursie Stolarskim prowadzonym również korespondencyjnie. Kurs ukończyłem i po egzaminie uzyskałem tytuł i uprawnienia mistrza stolarskiego. To mi nie wystarczyło. Podczas wakacji dowiedziałem się, że w Białymstoku jest możliwość dalszej nauki drogą korespondencyjną. Z Poznania przeniosłem się na dalszą naukę do Białegostoku. Byłem zadowolony z nauki w Białymstoku, gdyż dwa razy miesiącu spotykaliśmy się przy ulicy Kościelnej w soboty i niedziele na wykładach i konsultacjach z nauczycielami.

           

W 1952 roku dowiedziałem się, że w Suwałkach na bazie klasy dziesiątej liceum ogólnokształcącego jest organizowany kurs pedagogiczny, przygotowujący do pracy w zawodzie nauczycielskim. Pojechałem do Inspektoratu Oświaty w Białymstoku i po uzyskaniu skierowania udałem się do Suwałk, by zdobywać przygotowanie do pracy w nowym zawodzie. Po ukończeniu kursu z wynikiem pozytywnym 15. sierpnia 1952 roku zostałem zatrudniony jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Jałówce ( 2 km od granicy polsko- rosyjskiej). 17. września ożeniłem się i wraz z żoną Heleną Skutnik z domu Jarmoszko zamieszkaliśmy w Jałówce. Warunki dojazdu z Jałówki do Białegostoku były bardzo trudne, a ja miale obowiązek (byłem w XI, czyli maturalnej klasie) uczestniczyć w sobotnio- niedzielnych zjazdach (w soboty po zajęciach, gdyż w tamtych latach pracowaliśmy 6 dni w tygodniu i nie było wolnych sobót). Po trzech miesiącach pracy, na moją prośbę zostałem przeniesiony do pracy w Szkole Podstawowej w Gródku. Byłem zadowolony z tego przeniesienia, gdyż z Gródka miałem dogodny dojazd pociągiem do Białegostoku. Dnia 24. czerwca 1953 roku złożyłem egzamin maturalny, a żona w tym dniu urodziła córeczkę Basię, dając mi najdroższy i najprzyjemniejszy prezent z okazji zdanego egzaminu maturalnego. Po trzech latach pracy w Gródku w 1955 roku przeniosłem się do pracy w szkole w Kalinówce Królewskiej na stanowisko kierownika. Kierowałem tą placówką do przejścia na emeryturę w 1986 roku, czyli 31 lat.

To jest pobieżna historia mojego życia i mojej rodziny. Spisałem ją w miarę mojej pamięci i możliwości na życzenie uczestników I Zjazdu Rodziny Skutników.

  

Zjazd rodziny Skutników

 

Dnia 12 sierpnia 2006 roku Stanisław Skutnik – syn najmłodszego brata Wiktora przy wydatnej pomocy Teresy Skutnik (córki najstarszego brata Józefa) i własnej rodziny zorganizował I Zjazd Rodziny Skutników. Przez minione lata i bezpośrednio przed zjazdem Stanisław z żoną Bożeną i synem musieli zaangażować dużo pracy i środków finansowych, by naszą dawną siedzibę uchronić przed całkowitym zniszczeniem. Aktualny właściciel tej posesji, czyli Stanisław Skutnik wraz z żoną Bożeną i synem mieszka w Mońkach, lecz o siedzibie dziadków i ojca nie zapomina. Przeprowadził kapitalny remont domu i pobudował specjalną wiatę, by pod dachem, a nie na wolnym powietrzu członkowie licznej rodziny mogli nie tylko ucztować, ale i się pobawić. Dobrą zabawę zapewniła orkiestra sponsorowana przez Waldemara Siuchno (wnuka mojej siostry Józefy)i wspomagana grą na akordeonie przez mojego syna Tadeusza Skutnika. Smakowite menu przygotowała Teresa Skutnik przy wydatnej pomocy Bożeny Skutnik i innych członków naszego rodu. Nie sposób na lamach tych wspomnień podziękować imiennie wszystkim, którzy włożyli wkład w zjazd rodzinny, lecz każdemu pozostanie własna satysfakcja z pomocy w zorganizowanie tej rodzinnej uroczystości.

Kończąc, chciałbym podać statystyczny stan naszych rodzin pochodzących z małżeństwa Marianny i Andrzeja Skutnik. Jak już napisałem wyżej nasz ojciec Andrzej zmarł  16. stycznia 1945 roku w wieku 75 lat. Mama Marianna z Roszków zmarła 23. listopada 1953 roku w wieku 64 lat. Ciocia Franciszka zmarła 9. marca 1946 roku. Najstarsza siostra Anna zmarła w panieństwie 19. kwietnia 1954 roku przeżywszy 34 lat. Najstarszy brat Józef ożenił się w 1946 roku z Marianną Lipiszko z Kalinówki Królewskiej. Od 31. grudnia 1959 roku mieszkał wraz z rodziną w Mońkach. Małżeństwo wychowało czworo dzieci – córkę (Teresę) i trzech synów (Tadeusza, Eugeniusza i Gerarda). Dzieci otrzymały wykształcenie średnie i wyższe i założyły własne rodziny. W domu rodzinnym została córka Teresa, synowie mieszkają w Gdańsku, Płocku i Lublinie. Brat Józef zmarł 4. lutego 1999 roku przeżywszy 88 lat i został pochowany na cmentarzu w Mońkach. Jego żona Marianna zmarła 27. lutego 2001 roku, również przeżyła 88 lat. Starszy brat Antoni ożenił się w 1952 roku ze Stanisławą Żak z Kalinówki Kościelnej. Nie mieli dzieci. Żyli na gospodarstwie rodziców. Antoni zmarł 15 września 1990 roku w wieku 77 lat, natomiast jego żona zmarła 10. stycznia 1988 roku. Starsza siostra Józefa wyszła za mąż w 1938 roku za Stanisława Niemoto z naszej wsi. Wychowali pięcioro dzieci – cztery córki (Eugenię, Irenę, Jadwigę i Barbarę) oraz syna Józefa. Syn ożenił się i został na gospodarstwie w Kropiwnicy, a córki powychodziły za mąż i założyły rodziny. Obecnie mieszkają w Owieczkach, Łubiance, Dudkach i w Mońkach. Szwagier zmarł 12. września 2000 roku w wieku 86 lat.

           

Ja, z żoną Heleną z domu Jarmoszko pochodzącą z Kalinówki Królewskiej mam troje dzieci – syna Tadeusza i dwie córki (Barbarę i Marię). Dzieci ukończyły uczelnie pedagogiczne, założyły rodziny i pracują jako nauczyciele. Córki mieszkają w Kalinówce Kościelnej i w Kalinówce Królewskiej, natomiast syn w Mońkach. Na działce rodziców żony w Kalinówce Królewskiej pobudowaliśmy dom mieszkalny i budynki gospodarcze. Nasza posesja znajduje się w środku wsi pod nr 21. Niestety, 16. lipca 2005 roku w wieku 78 lat zmarła moja żona, a ja pozostałem pod troskliwą opieką dzieci. Młodsza siostra Maria wyszła za mąż za Michała Leszczyka dn. 15. lipca 1953 roku i wyjechała z mężem na ziemie odzyskane. Mieszkali w Orłowie, ale przed kilkunastu laty przenieśli się do Moniek. Mają dwoje dzieci – syna Jana i córkę Alinę. Dzieci wykształciły się na uczelniach mazurskich i zajmują poważne stanowiska w administracji państwowej i samorządowej. Córka mieszka w Giżycku, a syn w Orzyszu. Najmłodszy brat Wiktor pozostał na gospodarstwie rodziców. Ożenił się z Marianną Rogalską z Dudek. Wychowali pięcioro dzieci – dwóch synów (Jerzego i Stanisława) i trzy córki (Teodorę, Bożenę i Jadwigę). Dzieci otrzymały wykształcenie, założyły rodziny i rozjechały się po Polsce i Europie. Najstarszy syn mieszka z rodziną w Niemczech, młodszy w Mońkach. Córki mieszkają w Bielawie, Ustroniu i Warce. Brat Wiktor zmarł 3. lutego 2002 roku w 74 lat. Na rodzinnym gospodarstwie pozostał syn Wiktora – Stanisław z rodziną. Jego żona Bożena jest nauczycielką i pracuje w Mońkach. Chociaż na stale nie mieszkają w Kropiwnicy, wykazują wielką troskliwość o rodzinne gospodarstwo. Jestem wraz z całą rodziną przeświadczony, że rodzina najmłodszego brata zachowa dorobek dziadków i rodziców w jak najlepszym stanie, by można było przejeżdżając lub przyjeżdżając wspominać minione lata.

                        
Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie materiałów zawartych na stronie niezgodnie z licencją Biblioteki Publicznej w Mońkach jest zabronione.
Projekt i wykonanie: strony internetowe Mońki | Na silniku: windu.org